czwartek, 6 marca 2014

prolog

                Wojna zaczęła się krótko po rozpoczęciu XXII wieku. Pokój, a co za tym idzie, także i szczęście - nie miał znaczenia dla naszych przywódców. Oni byli w stanie zapewnić sobie godna życia, mieli pieniądze, którym nam było tak bardzo brak. A wojna? Wojna nawet nie dotyczyła zwykłych ludzi, to była potyczka pomiędzy potężnymi ludźmi, których nierozważne decyzje mogły zmienić  cały świat. Czuliśmy się pozbawieni wyboru - ci ludzie postawili nas jak pionki na planszy i każdemu naszemu ruchowi towarzyszył ich gromki śmiech. Nasza śmierć była ceną ich radości.
                Zginęło zbyt wielu ludzi. Polityczne sprzeczki nie powinny dotyczyć obywateli, a jednak Miasto i jego mieszkańcy ucierpieli najbardziej. Ulice opustoszały. Ludzie wiedzieli, że nigdzie nie jest bezpiecznie, więc sklepy i miejsca publicznego użytku zostały w pewien sposób zagarnięte do jednej części Miasta. Nazywamy tę część, nawet dzisiaj, Placem Prawdziwych, bowiem byliśmy przyjaciółmi - każdy z osobna i wszyscy razem - nie tailiśmy przed sobą niczego. Nie było kradzieży, zbrodni, morderstw. Reszta Miasta tonęła w mroku. Cisi zabójcy, złodzieje, hieny cmentarne. Wojna nas zmieniła, ale nie zatraciliśmy naszej tożsamości narodowej. Kiedy więc kilka lat po wybuchu pierwszych walk Prezydent ogłosił, że wojna ma się ku końcowi, a przywódcy wielkich narodów dochodzą do zgody - kamień spadł z naszych serc i przystąpiliśmy do odbudowy starego ładu. Wiedzieliśmy, że nic nie będzie takie samo, a na naszych dzieciach i wnukach odbije się piętno ówczesnego strachu. Ale to nie było ważne, ponieważ przeżyliśmy i wszystko miało się naprawić. Pytam: dlaczego tak się nie stało?
                W gruncie rzeczy Prezydent nie był złym człowiekiem, tylko zdarzało mu się błądzić. Łatwo ulegał wpływom innych ludzi, wierzył w ich słowa, a jego łatwowierność zsyłała na nas - jego poddanych - coraz to większe nieszczęścia. Bowiem koniec wojny pomiędzy naszym państwem a tymi sąsiednimi osłabił naszą czujność tak bardzo, że nie zauważyliśmy wroga nadciągającego z północy. Pierwsze bomby spadły na  Miasto 18 maja, tuż przed godziną 8:00. Pamiętam, że przewijałam młodszego brata, kiedy pocisk wybuchł na sąsiednim budynku, a ten, zwalając się na nas, pociągnął za sobą znaczną część naszego. Mimo że się starałam, mój brat - jedyna pozostała mi rodzina - zniknął w przepaści pełnej kamieni, pyłu i krzyków. Jego ostatni płacz wciąż rozdziera mi serce. Nie potrafię tego wspominać bez łez w oczach. Przecież obiecałam mamie, że nie dam nikomu skrzywdzić jej syna.
                Rozpoczęła się kolejna wojna. Miasto tonęło w lamentach matek pozbawionych swoich pociech, osieroconych dzieci i zbolałych dusz błąkających się po ulicach. Żołnierze wrogiej armii bez ustanku patrolowali ulice, każdy podejrzany o kradzież lub jakąkolwiek inną zbrodnię przeciwko nowemu władcy zostawał zamordowany bez sądu. Egzekucje przebiegały krwawo i brutalnie. Miasto krzyczało, ale nikt nie słyszał. Znów byliśmy sami.
                Wkrótce po tych wydarzeniach stała się dziwna rzecz - wrogowie po prostu wycofali się z Miasta. Chodziły pogłoski, że ich przywódca został zamordowany przez Cienia - człowieka bez tożsamości, bez twarzy, bez głosu. Nikt go nie zna. Każdy by chciał. Cień - bohater narodowy. Nie zależało mi na nim, ponieważ Miasto i tak było zgubione. Pełne nienawiści, bez szans na powrót choćby połowy dawnych cnót. To ważne, że chcieliśmy kochać, ale zbyt dużo złości niweczyło te marzenia. Plac Prawdziwych zamienił się w pobojowisko. Gnijące ciała leżały w stosie na środku placu, czekając, aż ktoś się ich pozbędzie. Gruz walał się wszędzie, ziejące dziury budynków napawały przerażeniem. Wciąż pamiętam jego płacz.

                Miasto było wolne - prawdziwe. I pierwszy raz od dawna jego mieszkańcy nie mieli sił do walki.