Wojna
zaczęła się krótko po rozpoczęciu XXII wieku. Pokój, a co za tym idzie, także i
szczęście - nie miał znaczenia dla naszych przywódców. Oni byli w stanie
zapewnić sobie godna życia, mieli pieniądze, którym nam było tak bardzo brak. A
wojna? Wojna nawet nie dotyczyła zwykłych ludzi, to była potyczka pomiędzy
potężnymi ludźmi, których nierozważne decyzje mogły zmienić cały świat. Czuliśmy się pozbawieni wyboru -
ci ludzie postawili nas jak pionki na planszy i każdemu naszemu ruchowi
towarzyszył ich gromki śmiech. Nasza śmierć była ceną ich radości.
Zginęło
zbyt wielu ludzi. Polityczne sprzeczki nie powinny dotyczyć obywateli, a jednak
Miasto i jego mieszkańcy ucierpieli najbardziej. Ulice opustoszały. Ludzie
wiedzieli, że nigdzie nie jest bezpiecznie, więc sklepy i miejsca publicznego
użytku zostały w pewien sposób zagarnięte do jednej części Miasta. Nazywamy tę
część, nawet dzisiaj, Placem Prawdziwych, bowiem byliśmy przyjaciółmi - każdy z
osobna i wszyscy razem - nie tailiśmy przed sobą niczego. Nie było kradzieży,
zbrodni, morderstw. Reszta Miasta tonęła w mroku. Cisi zabójcy, złodzieje,
hieny cmentarne. Wojna nas zmieniła, ale nie zatraciliśmy naszej tożsamości
narodowej. Kiedy więc kilka lat po wybuchu pierwszych walk Prezydent ogłosił,
że wojna ma się ku końcowi, a przywódcy wielkich narodów dochodzą do zgody -
kamień spadł z naszych serc i przystąpiliśmy do odbudowy starego ładu.
Wiedzieliśmy, że nic nie będzie takie samo, a na naszych dzieciach i wnukach
odbije się piętno ówczesnego strachu. Ale to nie było ważne, ponieważ
przeżyliśmy i wszystko miało się naprawić. Pytam: dlaczego tak się nie stało?
W
gruncie rzeczy Prezydent nie był złym człowiekiem, tylko zdarzało mu się
błądzić. Łatwo ulegał wpływom innych ludzi, wierzył w ich słowa, a jego
łatwowierność zsyłała na nas - jego poddanych - coraz to większe nieszczęścia.
Bowiem koniec wojny pomiędzy naszym państwem a tymi sąsiednimi osłabił naszą
czujność tak bardzo, że nie zauważyliśmy wroga nadciągającego z północy.
Pierwsze bomby spadły na Miasto 18 maja,
tuż przed godziną 8:00. Pamiętam, że przewijałam młodszego brata, kiedy pocisk
wybuchł na sąsiednim budynku, a ten, zwalając się na nas, pociągnął za sobą
znaczną część naszego. Mimo że się starałam, mój brat - jedyna pozostała mi
rodzina - zniknął w przepaści pełnej kamieni, pyłu i krzyków. Jego ostatni
płacz wciąż rozdziera mi serce. Nie potrafię tego wspominać bez łez w oczach.
Przecież obiecałam mamie, że nie dam nikomu skrzywdzić jej syna.
Rozpoczęła
się kolejna wojna. Miasto tonęło w lamentach matek pozbawionych swoich pociech,
osieroconych dzieci i zbolałych dusz błąkających się po ulicach. Żołnierze
wrogiej armii bez ustanku patrolowali ulice, każdy podejrzany o kradzież lub
jakąkolwiek inną zbrodnię przeciwko nowemu władcy zostawał zamordowany bez
sądu. Egzekucje przebiegały krwawo i brutalnie. Miasto krzyczało, ale nikt nie
słyszał. Znów byliśmy sami.
Wkrótce
po tych wydarzeniach stała się dziwna rzecz - wrogowie po prostu wycofali się z
Miasta. Chodziły pogłoski, że ich przywódca został zamordowany przez Cienia -
człowieka bez tożsamości, bez twarzy, bez głosu. Nikt go nie zna. Każdy by chciał.
Cień - bohater narodowy. Nie zależało mi na nim, ponieważ Miasto i tak było
zgubione. Pełne nienawiści, bez szans na powrót choćby połowy dawnych cnót. To
ważne, że chcieliśmy kochać, ale zbyt dużo złości niweczyło te marzenia. Plac Prawdziwych
zamienił się w pobojowisko. Gnijące ciała leżały w stosie na środku placu,
czekając, aż ktoś się ich pozbędzie. Gruz walał się wszędzie, ziejące dziury
budynków napawały przerażeniem. Wciąż pamiętam jego płacz.
Miasto
było wolne - prawdziwe. I pierwszy raz od dawna jego mieszkańcy nie mieli sił
do walki.